Było późno po południu w ciasnym pokoju mojej małej kliniki weterynaryjnej – tuż po zamknięciu, kiedy pani Hammond sprowadziła Daisy, jej starzejącego się Labradora, który miał urodzić jej szczeniaki.
Powietrze było nadal, rodzaj bezruchu, który osadza się po pracowitym dniu, kiedy można w końcu oddychać i pozwolić swoim myślom nadgonić.
