Czasami wierzymy, że czas leczy rany. Że rany w końcu się zamykają, delikatnie, po cichu. Ja też długo w to wierzyłam. Siedemnaście lat samotnego wychowywania bliźniaków, budowania stabilnego, pełnego miłości i zrównoważonego życia, przekonało mnie o jednym: dobrze nam idzie. A potem, kilka minut przed ukończeniem szkoły przez synów, pukanie do drzwi przywołało historię, którą myślałam, że definitywnie mam już za sobą.
Radość, a potem zawrót głowy z powodu zostania rodzicem

Camille i ja byliśmy młodzi, bez grosza przy duszy, ale szczęśliwi, gdy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami. Wiadomość o bliźniakach oczywiście nas zaskoczyła, ale nigdy nas nie przestraszyła… przynajmniej na zewnątrz.
Leo i Hugo urodzili się w idealnym zdrowiu. Hałaśliwi. Energiczni. Idealni. Od pierwszej sekundy wiedziałam, że te dzieci będą całym moim życiem.
