Potem czekałem.
Następnego ranka siedziałem na werandzie z filiżanką herbaty w ręku. Sabrina wyszła z telefonu przy uchu i stukając obcasami. Poszła do “swojego skrótu”…
A potem: gwałtowne hamowanie.
Spróbowała się trochę odwrócić, ale kije wciąż tam były. Potem zobaczyła krzaki róż, a na końcu talerz. Spojrzała w górę… I zobaczył mnie, siedzącego bez ruchu, wpatrującego się w nią z lekkim uśmiechem na twarzy.
Nic nie powiedziała. Odwróciła się. I po raz pierwszy poszła na spacer, jak wszyscy.
Od tamtego dnia? Więcej piosenek, więcej hałasu. Po prostu cisza i spokój.
Morał z tej historii?
Nie zawsze trzeba podnosić głos, aby być szanowanym. Czasami odrobina kreatywności jest… A kilka dobrze rozmieszczonych cierni załatwi sprawę.