Dziewczynka mrugnęła do niego spod wilgotnych rzęs, jakby próbowała ocenić, czy dorośli wciąż wiedzą, co mają na myśli, mówiąc to.
„To Rowan” – zdołała powiedzieć, ostrożnie przenosząc dziecko – „i mój brat, ale opiekuję się nim, kiedy mama śpi, bo mama jest zawsze zmęczona”.
Oczy Owena przesuwały się po pokoju, nie odrywając od niej wzroku zbyt długo, ponieważ zobaczył puste butelki ustawione w rzędzie przy zlewie – niektóre wypełnione wodą, inne rzadkim, bladym płynem, a na podłodze, obok kanapy, leżał stary telefon z zatrzymanym na ekranie filmem, którego tytuł był na tyle duży, że mógł go przeczytać: „Jak karmić dziecko, kiedy nie masz pomocy”.
Siedmiolatka uczyła się, jak być rodzicem.
„Gdzie teraz jest twoja mama?” – zapytał łagodnie Owen.
Juni uniosła brodę i wskazała na korytarz, który wydawał się ciemniejszy niż salon, jakby zbierały się tam cienie.
„W jej pokoju” – powiedziała, przełykając ślinę – „powiedziała, że po prostu potrzebuje się zdrzemnąć, ale minęło dużo czasu, a ja nie chciałam jej przeszkadzać, i próbowałam, naprawdę się starałam, ale on robi się coraz lżejszy”.
Pokój na końcu korytarza
Owen najpierw wezwał karetkę, ponieważ oddech dziecka wydawał się płytki, a jego mała klatka piersiowa unosiła się, jakby każdy oddech wymagał wysiłku, po czym zadał Juni pytanie, które wydało mu się konieczne i niemożliwe.
„Czy mogę potrzymać Rowana na chwilę, żeby mu pomóc?”
Zawahała się, bo przez wiele dni tylko ona go trzymała w całości, a puszczenie go prawdopodobnie przypominało skok z krawędzi klifu. Ostatecznie jednak oddała dziecko w ramiona Owena z ostrożną powagą kogoś, kto przekazuje mu coś bezcennego.
Rowan ważył prawie nic.
Ten fakt tak mocno uderzył Owena, że aż ścisnęło mu się żołądek, bo nawet bez wagi widział, że to było dalekie od typowego, i trzymając dziecko blisko swojej piersi, starał się mówić spokojnym głosem.
„Zostań tutaj, dobrze? Medycy już idą, zajmiemy się nim”.
Następnie poszedł korytarzem, otworzył ostatnie drzwi i zobaczył kobietę leżącą na łóżku. Była w pełni ubrana, miała na sobie buty, włosy potargane na poduszce, a na twarzy głębokie cienie wyczerpania, jakby sen był jedynym miejscem, w którym mogła zasnąć, nie będąc proszoną o ponowne wstanie.
Dotknął jej ramienia i przemówił stanowczo.
„Proszę pani. Musi się pani obudzić.”
Jej oczy otworzyły się gwałtownie ze zdziwieniem, które natychmiast przerodziło się w strach, gdy zobaczyła mundur. Usiadła zbyt szybko, mrugając mocno, jakby pokój nie mógł ustać w miejscu.
„Co… co się stało?” – wykrztusiła. „Gdzie jest Juni? Gdzie jest moje dziecko?”
„Zabierają go do szpitala” – powiedział Owen, obserwując, jak jej wyraz twarzy zmienia się w miarę, jak docierają do niej te słowa. „I my też tam jedziemy”.

Szpital, w którym nie było cicho
Szpital Briar Glen Community Hospital był mały, co oznaczało, że korytarze były wąskie, krzesła w poczekalni twarde, a światła zawsze wydawały się trochę za jasne dla ludzi, którzy nie spali. Mimo to personel poruszał się z rodzajem wyćwiczonej szybkości, która sprawiła, że Owen był wdzięczny, mimo że jego klatka piersiowa była ściśnięta.
Pediatra, dr Hannah Keats, rzuciła okiem na Rowana i zaczęła wydawać polecenia, zanim ktokolwiek zdążył ich poznać. Podczas gdy pielęgniarki szybko i z skupionymi minami obchodziły się z dzieckiem, Owen stał z boku z matką, której imię, jak się dowiedział, brzmiało Tessa Hale, i z Juni, która trzymała się jego ręki, jakby była jedyną solidną rzeczą w budynku pełnym alarmów i przesuwanych drzwi.
Głos Tessy drżał, gdy próbowała szybko się wytłumaczyć, co brzmiało jak spowiedź.
„Pracuję na nocną zmianę w zakładzie pakowania” – powiedziała, wylewając z siebie słowa – „czasem podwajam, bo czynsz nie przejmuje się tym, czy jesteś zmęczony, a ja myślałam, że dam radę, a ja myślałam, że będę mogła zostawiać butelki gotowe, a Juni jest taka mądra, zawsze była mądra, i nie miałam na myśli…”
Owen nie przerywał, bo kiedy ludzie tonęli, rozmawiali w ten sposób, chwytając się każdego zdania, które mogłoby utrzymać ich głowę nad wodą.
Doktor Keats wyszła po wstępnym badaniu, a na jej twarzy malował się wyraz ostrożnej powagi, odmiennej od zwykłego zmartwienia.
„Stabilizujemy jego stan” – powiedziała – „ale muszę być szczera i powiedzieć, że to nie wygląda na prostą kwestię karmienia”.
KONTYNUUJ CZYTANIE NA NASTĘPNEJ STRONIE 🥰💕