Kupi pan mój rower? Mama od dwóch dni nic nie jadła” – Bikerzy poznali prawdę

„Proszę pana, kupi pan mój rower?” Jej głos był tak cichy, tak kruchy, że ledwo przebijał się przez ryk silników. Czterech motocyklistów na Harleyach zwolniło i zatrzymało się. Głębokie dudnienie maszyn potoczyło się po spokojnym osiedlu na przedmieściach. Popołudniowe słońce odbijało się od chromu, rzucając długie cienie połykające chodnik.
Przy krawężniku stała mała dziewczynka, boso, z rozczochranymi włosami i w sukience pogniecionej od zbyt wielu dni noszenia. Obok niej stał owczarek niemiecki — duży, czujny, z brązowymi oczami utkwionymi w obcych. Dziewczynka trzymała w dłoniach kawałek kartonu, na którym drżącymi, czarnymi literami napisano: „na sprzedaż”.
Największy z motocyklistów, Karl — choć wszyscy wołali na niego Ruke — wyłączył silnik i zeskoczył z Harleya. Jego bracia, Ben, Arno i Lukas, zrobili to samo. Ich ciężkie buty zadudniły o asfalt, gdy podeszli bliżej.