Mam 75 lat, całe życie mieszkałam w Tennessee i jestem przyzwyczajona do podrywania tych, od których się odwracają. Nie tych „idealnych”, nie tych „wygodnych”, ale tych, którzy nie mają dokąd pójść: zapomnianych, zmęczonych, złamanych.
Tak oto Pearl i Buddy, dwa małe psy ze schroniska, trafiły do mojego domu. Ich tylne łapy są ledwo sprawne, więc zamiast biegać jak inne psy, mają zgrabne małe kółka. Nie biegają po podwórku jak inne psy. Toczą się do przodu, a ich wózki cicho stukają po chodniku. I oba merdają ogonami, jakby na świecie panowała tylko radość.
Jak reagują ludzie?
Najczęściej przechodnie uśmiechają się na nasz widok. Dzieci machają, niektóre zatrzymują się, żeby zapytać o nasze imiona, a inne po prostu kiwają głowami z serdecznymi wyrazami twarzy. Czujesz w sercu, że ludzie rozumieją to, co najważniejsze – ta dwójka przetrwała i nauczyła się na nowo ufać światu.
- Pearl zawsze patrzy na człowieka łagodnie i spokojnie, jakby z góry wybaczała mu niezręczność.
- Buddy porusza się pewnym i energicznym krokiem, jakby jego koła nie były ograniczeniem, a supermocą.
- I oboje tak samo lubią zwykłe spacery naszą cichą ulicą.
Dzień, w którym wszystko się zmieniło
W zeszły wtorek, jak zawsze, wybrałam się z nimi na spacer. Nasza ulica jest cicha i znajoma – sąsiedzi od dawna wiedzą, że codziennie jeździmy tą samą trasą.
A potem Marlene, sąsiadka mająca około pięćdziesięciu pięciu lat, wyszła na werandę. Była jedną z tych osób, które obserwują świat zza żaluzji i zachowują się, jakby cała dzielnica była ich prywatnym terytorium.
Wpatrywała się w koła Pearl, jakby zobaczyła coś nieprzyjemnego. Skrzywiła się i powiedziała głośno, tak żeby cała ulica mogła usłyszeć: „Te psy są obrzydliwe!”.