Moja sąsiadka nazwała moje uratowane psy „obrzydliwymi” i kazała mi

Po raz pierwszy od dłuższego czasu Marlene przestała wychodzić na werandę.

I poszliśmy dalej.

Koła cicho stukały o chodnik.

Ich ogony merdały.

Słońce padało na ich plecy niczym błogosławieństwo.

Szedłem obok niej i myślałem: sprawiedliwość nie zawsze jest głośna. Czasami wygląda jak cisza, gdzie nie ma już żadnych zagrożeń . Jak ulica, gdzie znów można bezpiecznie być życzliwym. Jak dwa małe stworzenia, które kiedyś były „niewygodne”, a teraz są kochane przez wszystkich.

Pearl spojrzała na mnie spokojnym wzrokiem.

Buddy pewnie potoczył się naprzód.

I zrozumiałem:

zło karze się nie krzykiem,

ale tym, że nie daje się mu już władzy .

Ale współczucie pozostaje.

Na tej ulicy.

W tym domu.

I w moim sercu.