„Nie mogę kupić ci lalki Barbie na urodziny”… a potem prezes odszedł,

Pokój Lalek

W ciepły piątkowy wieczór w Inner Harbor w Baltimore świat poruszał się w wesołych pętlach — turyści oblizywali sól z precli, autobusy wzdychały przy krawężnikach, a mewy przecinały światło.

Marcus Bennett szedł przez to wszystko jak człowiek pod wodą.

Miasto odbijało się w jego wypolerowanych oksfordach, ale nic go nie dotykało.

Pięć lat spotkań i fuzji zamieniło się w jeden długi korytarz; posuwał się naprzód tylko dlatego, że zatrzymanie oznaczałoby konieczność poczucia czegokolwiek.

Nauczył się ignorować różne rzeczy: zapach deszczu na cegle, dźwięk ulicznych muzyków, to, jak śmiech łamie się w gardle, gdy jest prawdziwy.

Nawet ciężar jego Rolexa — prezent, który Elena zapakowała mu na urodziny, których nigdy nie dokończyli — zwykle nic dla niego nie znaczył.

Aż usłyszał płacz małej dziewczynki.

Nie wysoki, ostry ryk złości, ale coś mniejszego i cięższego: rozczarowanie skierowane do wewnątrz, taki płacz, który jakby przeprasza za własne istnienie.

Szarpnęło to Marcusem, zanim zdążył odwrócić wzrok.

Źródło znalazł przed jasną witryną sklepu z zabawkami.

Młoda kobieta klęczała na chodniku, trzymając dziewczynkę z żółtą wstążką w kucyku.

Za nimi, w szkle, stały różowe pudełka — lalki w baletowych spódniczkach, astronautycznych kombinezonach i błyszczących syrenich ogonach.

Koszulka kobiety była czysta, ale zmęczona; zaciśnięta linia jej szczęki mówiła, że doskonale zna cenę miesięcznego czynszu i to, ile więcej kosztuje rezygnacja z podstawowych rzeczy.

„Chcę tylko jedną,” wyszeptała dziewczynka, pociągając nosem. „Na urodziny. Tylko jedną. Wszyscy inni mają jedną.”

„Staram się, kochanie.” wyszeptała matka, a jej głos pękł.

„Potrzebujemy pieniędzy na czynsz i jedzenie. Przykro mi.”

Ta przeprosinowa fraza jakby ją wydrążyła.