— Wynoś się z mojego domu! — krzyczała teściowa, zapominając, że miesz

— Liczysz moje pieniądze?

— Liczę nasze wspólne straty!

Andriej, to już koniec.

Jestem zmęczona.

W tym momencie Tamara Pietrowna wypaliła:

— A tak w ogóle, dzieci.

Pomyślałam sobie.

Skoro mieszkanie jest duże, to pomieszkam u was miesiąc.

U mnie sąsiedzi remont zaczęli, hałasują, nie da się wytrzymać.

A u was cicho, dobrze.

Zamarłam.

— Nie.

— Co znaczy „nie”? — teściowa wsparła ręce na biodrach.

— Nie będzie pani tu mieszkać.

Ani miesiąc, ani dzień.

Goście — trzy dni.

Trzy dni minęły.

Dziś pani wyjeżdża.

— Andrjusza! — zapiszczała.

— Twoja żona mnie wyrzuca!

Znowu!

Andriej przestał żuć.

Spojrzał na mnie błagalnie.

— Masza, no niech pomieszka…

Miejsca jest dużo…

— Andriej, albo ona wyjeżdża dziś, albo wyjeżdżasz razem z nią.

Zapadła cisza.

Słychać było, jak kapie woda z kranu.

— Szantażujesz mnie? — zapytał Andriej cicho.

— Stawiam warunki.

Nie zatrudniałam się do obsługiwania twojej mamy i znoszenia jej wyskoków.

I twojego kłamstwa też.

Andriej wstał.

— Dobrze.

Skoro tak stawiasz sprawę…

Mamo, pakuj się.

Wychodzimy.

— Dokąd?! — jęknęła Tamara Pietrowna.

— Do ciebie?

Do tej klitki, którą wynajmujesz?

— Mamo, nic nie wynajmuję.

Ja tu mieszkam.

A jeśli wyjdę…

Pojedziemy do ciebie.

— Do mnie?! — teściowa aż podskoczyła.

— Mam kawalerkę!

I koty!

Gdzie ja was dwoje pomieszczę?

— To pojadę sam.

Bez Maszy.

Tamara Pietrowna spojrzała na syna.

Potem na mnie.

— Wiesz co, synku. — zdjęła fartuch.

— Radźcie sobie sami.

Ja do domu.

Moje koty są mi droższe niż wasze kłótnie.

I z tobą mieszkać nie chcę.

Chrapiesz.

Szybko się spakowała i pojechała.

Nawet herbaty nie dopiła.

Zostaliśmy we dwoje.

Andriej siedział z opuszczoną głową.

— Naprawdę mnie wyrzucisz?

— Naprawdę.

— Przez mamę?

— Przez wszystko.

Przez kłamstwa.

Przez pieniądze.

Przez to, że nie jesteś facetem, Andriej.

Jesteś maminsynkiem, który chce uchodzić za kozaka.

A w rzeczywistości — pustka.

W milczeniu spakował rzeczy.

Torba z ubraniami, laptop.

— Kocham cię, Masza.

— Wiem.

Ale to za mało.

Wyszedł.

Zostałam sama w swoim mieszkaniu.

Z porysowaną patelnią, rozbitym wazonem i pustką w środku.

Ale wiecie co?

Poczułam ulgę.

Jakby ogromny kamień spadł mi z ramion.

Umyłam podłogę.

Wyrzuciłam patelnię.

Kupiłam nowy wazon.

Tydzień później Andriej zadzwonił.

— Masza, znalazłem pracę.

Normalną, jako menedżer.

Może spróbujemy jeszcze raz?

Spojrzałam na telefon.

Na puste, czyste mieszkanie.

Na swój spokój.

— Nie, Andriej.

Nie spróbujemy.

— Dlaczego?

— Bo nie chcę już być dekoracją w twoim teatrze.

Odłożyłam słuchawkę.

I zablokowałam numer.

Tamara Pietrowna, swoją drogą, potem też dzwoniła.

Przepraszała.

Prosiła o pieniądze „na zęby”.

Powiedziałam, że mam hipotekę (której nie ma) i długi męża (których też nie ma).

Poburczała i dała spokój.

A ja żyję.

Dla siebie.

I w moim domu nie będzie już żadnych darmozjadów ani ich szalonych mamusiek.

A jak wy byście postąpili?

Wybaczylibyście mężowi kłamstwa, żeby ratować rodzinę?

Czy wyrzucilibyście go, tak jak ja?