Ciąg dalszy historii

Wokół stolika zapadła cisza. Pani Malinowska, stojąca kilka kroków dalej, pobladła. — To… to nieporozumienie — wtrąciła nerwowo. — Nie oferujemy takich… usług. Helena powoli odwróciła się w jej stronę. — To nie jest usługa, pani. To jest szacunek.

Klara spojrzała na Malinowską — i po raz pierwszy tego wieczoru jej wzrok był twardy, stanowczy. „Dlaczego rozmawialiście o mnie, jakbym nie istniała?” — zamigała. Helena przetłumaczyła to na głos. Julian gwałtownie się wyprostował. — Co takiego? — spojrzał na menedżerkę. — Dlaczego moja matka siedziała tu cały wieczór, nie rozumiejąc ani jednego słowa?

— My… my nie wiedzieliśmy, panie Morawski… — jąknęła się Malinowska. — Wiedzieliście — odpowiedział lodowato Julian. — Po prostu uznaliście, że to nie ma znaczenia. Odwrócił się do Heleny. — Od tej chwili zostaje pani przy naszym stoliku. Będzie pani tłumaczyć wszystko, co moja matka zechce powiedzieć. Czy to jasne? — Tak, proszę pana.

Po raz pierwszy od czternastu godzin ból w nogach Heleny zniknął. Zastąpiło go coś innego — poczucie, że to, co się dzieje, jest właściwe. Wieczór potoczył się zupełnie inaczej. Klara ożywiła się. Pytała o menu, o wino, o widok za oknem. Żartowała — cicho, gestami, ale żartowała. Helena tłumaczyła. Czasem dodawała uśmiech. Czasem łagodny komentarz.

Julian patrzył na matkę, jakby widział ją na nowo. Nie jako „cichą starszą panią”, lecz jako kobietę — inteligentną, ironiczną, pełną życia. — Dlaczego nigdy nie powiedziałaś mi, jak bardzo to wszystko było dla ciebie trudne? — zapytał w pewnym momencie, gdy Helena przetłumaczyła szczególnie emocjonalne zdanie. Klara odpowiedziała: „Mówiłam. Po prostu nie słuchałeś tak, jak teraz.” Julian spuścił wzrok.

Pod koniec kolacji przywołał kierownika restauracji. — Od jutra — powiedział spokojnie — w tej restauracji będzie personel znający język migowy. Jeśli nie — zostanie przeszkolony. Na mój koszt. Spojrzał na Malinowską. — A pani… więcej tu nie pracuje. Menedżerka pobladła zupełnie.

Gdy goście zaczęli się rozchodzić, Julian zatrzymał Helenę. — Jaką ma pani pensję? Helena zawahała się. — Minimalną, proszę pana. Skinął głową.

— Od jutra zostaje pani oficjalnym asystentem komunikacyjnym mojej matki. Umowa. Ubezpieczenie. I wynagrodzenie, które pozwoli pani przestać liczyć każdy grosz. Helenie ugięły się kolana. — Moja siostra… — wyszeptała. — Potrzebuje szkoły. Klara uniosła dłonie i zamigała:

„Proszę jej powiedzieć, że artyści powinni uczyć się bez strachu o jutro.” Minęło pół roku. Zofia uczyła się w najlepszej szkole dla osób głuchych. Klara Morawska już nigdy nie siedziała w ciszy przy żadnym stole. A Helena każdego wieczoru wracała do domu z myślą, że jeden gest może zmienić całe życie — jeśli płynie prosto z serca.