Ciąg dalszy historii

Patrzyłam przez przednią szybę, w której odbijały się światła parkingu, i liczyłam nie latarnie, tylko zakupy. To był już piąty raz w ciągu dwóch miesięcy. Piąty. Nie „przypadkiem zapomniała”, nie „raz się zdarzyło”, tylko regularnie, jak abonament: supermarket — koszyk wypchany delicjami — dramatyczny gest rąk — moja karta. Krzysztof w milczeniu odpalił silnik. Udawał, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Bardzo wygodna pozycja — siedzieć za kierownicą, kiedy żona płaci za szynkę iberyjską i luksusową kawę jego matki.

— Mamo, następnym razem weź kartę wcześniej — powiedział w końcu bez nacisku, jakby chodziło o zapomnianą torbę, a nie prawie pięć tysięcy. — Oj, synku, co ty! — Danuta znów rozłożyła ręce. — Przecież nie specjalnie! Wiek, sam rozumiesz… Wiek, który — nawiasem mówiąc — pozwalał jej doskonale pamiętać, w którym sklepie dziś są promocje na krewetki i gdzie sprzedają tę kawę „żeby nie była gorzka”. Milczałam. Ale w środku coś cicho, bardzo ostrożnie, kliknęło.

Jak bezpiecznik, który przestał trzymać. W domu rozpakowałam torby. Starannie. W ciszy.

Mleko do lodówki, twaróg obok. Chleb do chlebaka. Kiełbasę, rybę i kawę — na półkę, na której zwykle lądują produkty „dla gości”. Czyli dla niej. Danuta obserwowała mnie znad okularów. — Oj, Magdalenko, nie kładź tak wysoko, potem będzie mi niewygodnie sięgać. — Nic nie szkodzi — odpowiedziałam spokojnie. — Przynajmniej widać, ile kosztują. Na sekundę znieruchomiała.

— W jakim sensie? — Dosłownie. Krzysztof rzucił mi szybkie spojrzenie. — Co ty robisz? — Nic — uśmiechnęłam się. — Po prostu lubię porządek. Wieczorem, kiedy teściowa poszła oglądać serial, otworzyłam notatki w telefonie.

Założyłam nową. „Zakupy dla Danuty”. Data. Kwota. Co kupione. Dziś: 4 800. Wcześniej: 3 950.