Ciąg dalszy historii
Przedwczoraj tydzień — 5 200. Miesiąc temu — 4 300. Razem — suma, od której zrobiło mi się fizycznie nieswojo. Pokazałam ekran Krzysztofowi. — Co to? — To to, co za każdym razem mówisz: „No dobra, mama odda później”.
Podrapał się po karku. — No… odda przecież. — Kiedy? — No… jak będzie mogła. — Przez dwa miesiące — ani razu. Westchnął.
— Ty wszystko liczysz… — Tak — odpowiedziałam spokojnie. — Bo to są moje pieniądze. Nic nie powiedział. A ja zrozumiałam: rozmów już nie będzie. Będzie działanie.
Tydzień później Danuta znów zaprosiła mnie „na szybkie wyjście do sklepu”. Już wiedziałam, jak to się skończy. Koszyk napełniał się z przerażającą pewnością: sery, drogi jogurt „na trawienie”, pastrami, kawa — dwa opakowania. — Weź jeszcze te pistacje — machnęła ręką. — Zdrowe są. Wzięłam.
I w myślach zapisałam. Przy kasie zagrała wszystko zgodnie z nutami. Przekopała torebkę. Sekunda. Druga. — Oj…
Uniósłam brwi. — Co? — Chyba… portfel zostawiłam w innej torebce… Kolejka zaszeleściła. Kasjerka czekała cierpliwie.
— Magdalenko… — zaczęła miękko. — Pomożesz? Nie sięgnęłam po telefon. Spojrzałam na taśmę. — W takim razie proszę nabić osobno — powiedziałam kasjerce. — Moje zakupy tutaj. — W sensie? — Danuta się uśmiechnęła, ale uśmiech był napięty. — Dosłownie. Płacę za swoje: mleko, chleb i jogurt.