„Droga Lauro,
Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że piszę. Nazywam się Henry…”.
Nie zapytałam go o imię poprzedniej nocy. Uświadomienie to teraz — _czytając je po raz pierwszy w jego własnym piśmie_— sprawiło, że poczułam, jakby coś ważnego mi umknęło. Jakbym pozostawiła tę historię niedokończoną.
„Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że piszę.”
Pisał o _wszystkim_. O wypadku w fabryce, który zabrał mu nogę. O nowotworze, który zabrał jego żonę, Marię. I o nałogu, który odebrał mu syna.
Pisał o samotności, która zabrała wszystko inne. Pisał o tym, jak czuł się niewidoczny, jakby świat przeszedł obok niego i zapomniał, że nadal tu jest.
„Przypomniałaś mi, że nadal jestem ważny, kochanie. Nie jako ciężar, ale jako osoba. Proszę, nie przestawaj być sobą. Napełniłaś dwa talerze i dwa serca. To nie mała rzecz.”
Przyklejam list jego do rejestru.
Gdy broker zadzwonił, aby omówić kolejne kroki, odpowiedziałam.
„Arum,” powiedziałam. „Nie jestem gotowa do sprzedaży. Wydaje mi się, że _powinnam_ zostać. Sprzedam swoją biżuterię ślubną. Sprawię, by to zadziałało.”
„Nie jestem gotowa do sprzedaży. Wydaje mi się, że powinnam zostać.”