Dom w stylu wiktoriańskim przy Elm Street wyglądał jak pocztówka: ciepłe światło żyrandola, elegancka zastawa, zapach pieczonej kaczki. W jadalni panował śmiech Brada, mojego zięcia, i jego matki, pani Halloway. Dla mnie ten „rodzinny klimat” kończył się na progu kuchni.
Stałam przy zlewie, a w powietrzu unosił się chłód, detergent i tłuszcz po kolacji, którą sama przygotowałam. Z jadalni dochodził ich komentarzowy koncert.
