— Co ty wyprawiasz?! — warknął Brad. — Po to założyłem zamek!
— Ma cztery lata — odpowiedziałam spokojnie. — I był tam za długo.
— To tylko kara — prychnęła pani Halloway. — Odnieś go z powrotem.
Przeszłam obok nich, niosąc Sama do salonu. Ułożyłam go na kanapie, okryłam kocem i założyłam mu duże słuchawki. Puściłam spokojną muzykę, taką, która pomaga oddychać równo.
— Posłuchaj, skarbie. Babcia zaraz wróci — szepnęłam.
Brad był już blisko, z głosem pełnym złości:
— Zapłacisz za drzwi. I wylatujesz stąd jeszcze dziś.
Zamiast dyskutować, podeszłam do drzwi wejściowych i przekręciłam zamek. Potem zabezpieczyłam wyjście na taras. Wróciłam na środek salonu.
— Nikt dziś nie wychodzi — powiedziałam. — Najpierw porozmawiamy.
- Zabezpieczyłam dom, żeby przerwać eskalację.
- Zadbałam, by Sam miał spokój i ciszę.
- Postanowiłam, że wszystko zostanie wyjaśnione przy świadkach.
Rozdział 3: Rozmowa, której nie dało się już zbyć
— To jakieś szaleństwo! — podniosła głos pani Halloway. — Brad, dzwoń na policję!
Brad sięgnął po telefon. Uprzedziłam go jednym zdaniem:
— Odłóż.
Nie krzyczałam. Nie musiałam. Kiedy próbował jednak wybrać numer, zareagowałam szybko i stanowczo: wytrąciłam mu telefon tak, by nikomu nic się nie stało, ale żeby przerwać impuls i odzyskać kontrolę nad sytuacją. Brad cofnął się zaskoczony.
— Kim ty w ogóle jesteś? — wycedził. — Przecież ty… tylko siedzisz tu i pilnujesz dzieciaka.
— Jestem babcią — odpowiedziałam. — I kimś, kto nie udaje, że „nic się nie stało”, gdy dziecko płacze za zamkniętymi drzwiami.
Zebrałam oba telefony i odłożyłam je poza ich zasięgiem. Potem przysunęłam krzesło naprzeciwko nich.
— Opowiecie mi dokładnie, co się dzieje z Samem. I dlaczego — powiedziałam. — A jeśli spróbujecie kłamać, będziemy czekać na tych, którzy potrafią to sprawdzić.
Brad parsknął nerwowo. Pani Halloway zaczęła mówić o „dyscyplinie” i „charakterze”. Brad dorzucił upokarzające komentarze, które nigdy nie powinny paść przy dziecku ani o dziecku.
Nie wdawałam się w wojnę na słowa. Zamiast tego zrobiłam coś prostego: sięgnęłam po broszkę w kształcie słonecznika, którą dostałam od Sary, i odwróciłam ją.
Mała dioda migała cicho.
— Dyktafon — wyjaśniłam. — Nagrywa od początku kolacji.
Nie chodziło o zemstę. Chodziło o to, żeby prawda była udokumentowana, zanim ktoś spróbuje ją przekręcić.
Brad pobladł. Wtedy wyciągnęłam drugi telefon i włączyłam głośnik.
— Sara? — zapytałam.
W słuchawce usłyszałam głos mojej córki, drżący, ale stanowczy:
— Jestem. Słyszałam wszystko… Mamo, jadę. I jadę z policją.
Brad próbował się tłumaczyć, przekrzykiwać, obracać to w żart. Nie wyszło. Gdy w oddali pojawił się dźwięk syren, nawet pani Halloway przestała udawać pewność siebie.
Rozdział 4: Gdy sprawy wymykają się spod kontroli
Strach u Brada zamienił się w desperację. Rozejrzał się po pokoju, jakby szukał czegoś, co da mu przewagę. Zauważyłam jego spojrzenie w stronę małego noża do owoców na stoliku.
Nie opiszę tego w sposób drastyczny: wystarczy powiedzieć, że wykonał nierozsądny ruch, jak ktoś, kto nie myśli o konsekwencjach. Zareagowałam natychmiast, tak by nikomu nie zrobić krzywdy, ale też nie pozwolić, by sytuacja zagroziła dziecku.
Odebrałam mu narzędzie i unieruchomiłam go na podłodze w sposób, który uniemożliwiał mu dalsze szarpanie. Pani Halloway krzyczała, jednak nie podeszła bliżej.