Żona zostawiła mnie samego z naszymi niewidomymi nowo narodzonymi bliźniakami — 18 lat później wróciła z jednym, surowym żądaniem.

Osiemnaście lat temu moje życie gwałtownie się zmieniło, gdy moja partnerka postanowiła odejść. Miała na imię Marissa. Był czas, gdy wierzyliśmy, że możemy podbić świat. Zanim rzeczywistość wszystko odmieniła, marzyliśmy o życiu wśród studiów nagraniowych, muzyki i świateł wielkiego miasta.

Marissa była wokalistką w lokalnym zespole. Jej głos potrafił uciszyć każdą salę. Ja pracowałem jako stolarz — bez splendoru, ale uczciwie, zapewniając stabilność i bezpieczeństwo. Plan był prosty: ona osiągnie sukces, a ja zbuduję dla niej studio, w którym spełni swoje marzenia.

Los jednak miał inne plany.

Nasze bliźniacze córki przyszły na świat przedwcześnie — tak maleńkie, że mieściły się w moich dłoniach. I obie urodziły się niewidome. Diagnoza była brutalna, oparta na rzadkiej chorobie genetycznej, o której nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Lekarze mówili łagodnie, ale każde ich słowo ciążyło jak kamień.

Marissa się załamała. Zawsze pragnęła blasku reflektorów, bycia widzianą, oklasków. A nagle znaleźliśmy się w półmroku szpitalnej sali, wśród dźwięków maszyn podtrzymujących życie naszych córek. Trzymała je krótko, płacząc cicho, po czym zamknęła się w sobie, godzinami patrząc w okno.

Trzy tygodnie po porodzie zniknęła.

Bez pożegnania. Bez listu. Z szafy zniknęła walizka, a w domu zapadła cisza. Po wyjściu dziewczynek z oddziału intensywnej terapii wróciłem do pustego domu. Szukałem jej wszędzie — w pokojach, garażu, na ulicy. Bez skutku.

Tak zaczęło się najdłuższe osiemnaście lat mojego życia.