Anna wyszła ze szpitala powoli, ostrożnie

Anna patrzyła na papiery, a potem na swoje dłonie.

— Zatrzymałam się wtedy, bo ktoś leżał na drodze — powiedziała cicho. — Każdy mógłby tak zrobić.

— Nie każdy by się zatrzymał — odpowiedział Marek spokojnie. — A już na pewno nie każdy oddałby ostatnie pieniądze.

Kiedy mężczyźni wyszli, Anna długo siedziała w ciszy. Potem położyła się i pierwszy raz od dawna zasnęła bez lęku.

Kilka tygodni później urodziła zdrowego syna. Marek odwiedził ją w szpitalu z kwiatami i ciepłym uśmiechem, ale bez zbędnych słów. Pomoc przyszła wtedy, gdy była naprawdę potrzebna — dyskretnie, bez nacisku.

Anna już nie wróciła do nocnych kursów. Zaczęła nowe życie, spokojniejsze i bezpieczniejsze. Czasem, gdy przejeżdżała obok tej samej drogi, zwalniała i patrzyła na pobocze. Wiedziała jedno: nawet w największym mrozie wystarczy jeden dobry gest, by czyjeś życie — a czasem dwa życia naraz — mogły zacząć się od nowa.