Rano rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem mężczyznę w długim płaszczu. Nie przedstawił się. Powiedział tylko spokojnie: „Jestem tu w imieniu Thomasa. Prosił, żebym przekazał to jego żonie, kiedy już go nie będzie”.
Poczułem, jak drżą mi dłonie, gdy babcia podeszła bliżej. Mężczyzna podał jej bukiet kwiatów i zapieczętowany list. Potem odwrócił się i odszedł, nie dodając ani słowa.
Niektóre pożegnania nie kończą się w chwili ostatniego oddechu — czasem dopiero wtedy zaczynają mówić.
Babcia otworzyła kopertę natychmiast. W środku był krótki list, zapisany charakterystycznym pismem dziadka. Czytała powoli, jakby bała się, że każde zdanie zmieni coś nieodwracalnie.
Pisał, że przez większą część życia ukrywał pewną sprawę — i że ona zasługuje, by wreszcie ją poznać. Wskazał też konkretny adres i poprosił, aby pojechała tam jak najszybciej.
To miejsce było prawie godzinę drogi stąd. Nie dyskutowaliśmy. W takim liście nie było miejsca na „może później”. Po prostu wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy.
list w znajomym charakterze pisma
tajemnica trzymana przez lata
adres, który brzmiał jak zaproszenie do odpowiedzi
Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy nieduży, spokojny dom. Nic szczególnego — zwykła ulica, zwykłe ogrodzenie, cisza, która w tym momencie wydawała się głośniejsza od słów.
Zapukałem. Serce miałem ściśnięte, a babcia stała obok, wyprostowana, jakby trzymała się na nogach wyłącznie dzięki sile woli.