Wiatr przyniósł z pól zapach kurzu, a sucha trawa szeleściła jak oddech starej kobiety. Usiadłam na zbutwiałych schodkach i położyłam dłonie na spękanym drewnie. Kiedyś, z Henrim, śmialiśmy się tu i kłócili o śmieci. Teraz cisza była moim lustrem — i nie lubiłam tego, co widzę.
Wewnątrz pachniało wilgocią i starym wapnem. Na stole postawiłam walizkę, wyjęłam zeszyt z przepisami i zdjęcie Henriego. Mówiłam do niego szeptem, jak wtedy, gdy budziłam go bladym świtem:
