Wiatr przyniósł z pól zapach

Zrobiłam ciasto w słoikach. Napisałam na każdym: „Ciasto z jabłkami — według Henriego”. Wieczorem Andrei przyniósł kopertę.

— Sprzedały się wszystkie.

Kilka banknotów. Drobiazg, ale wystarczył, bym poczuła, że jeszcze coś potrafię.

Kilka dni później zadzwonił telefon.

— Mamo. Musimy porozmawiać. Przyjadę jutro.

To był głos Marca. Serce zadrżało. Postawiłam dwie filiżanki. Dla mnie i dla tego, kto nie przyjdzie.

Marc przyjechał w południe. Wszedł bez pukania, obejrzał dom.

— Nie wiedziałem, że to jeszcze stoi.

— Stoi. Ja też — powiedziałam.

— To wszystko było… skomplikowane.

— Nie jestem tu po wyjaśnienia. Jeśli po mnie — oto jestem. Jeśli po dom — nie dostaniesz go.

Zaskoczył się.

— Nie chcę domu. Nie wiem nawet, do kogo należy.

— Do mnie wystarczająco, by piec w nim chleb.

Zamilkł. Widziałam jego oczy — pierwszy raz bez lodu.

— Śnił mi się tata. Jadł coś ze słoika. Śmiał się ze mnie.

— To jego ulubione ciasto. Spróbuj.

Wziął ostrożnie, jakby trzymał coś kruchego.

— Może przyjechałem, żeby sprawdzić, czy jeszcze umiem przyjść z własnej woli.

— Sprawdziłeś. Możesz jechać. Albo zostać. Ale jeśli zostaniesz — milcz i jedz.

Zjadł. Wstał.

— Wrócę. Może w niedzielę?

— W niedzielę trzeba wbić parę gwoździ.