Wiatr przyniósł z pól zapach

— Kobietą, która nadal go kocha.

Marc wrócił. Naprawił zamek, podparł dach, zbił dwie deski. Zostawił kartkę:

„Następna niedziela. Ta sama godzina.”

Nie wiem, co z tego będzie. Może nic się nie leczy. Może po prostu twardnieje skóra tam, gdzie kiedyś bolało.

Ale czasem, gasząc światło, słyszę śmiech Henriego. Ciepły, krótki. Jakby jadł ciasto i mówił: „Daj jeszcze. Nie żałuj.”

Nie wróciłam do miasta. Nie chciałam kary ani przebaczenia. Pisałam zdania, które trzymały mnie za rękę. Dom prostował się jak plecy po długim ciężarze.

Pewnego dnia w zeszycie między rozdziałami napisałam:

„Moje miejsce.”

A pod spodem:

„Woda, mąka, czas, miód, pszczelarz, niedziele, imię — Henri — drugie — Marc — i dom, który oddycha, gdy się go trzyma.”

Zamknęłam zeszyt. Położyłam go na parapecie. Wyszłam na podwórze i rozpaliłam piec.

Miałam co piec.

Miałam po co żyć.