Poranek nad Lyonem budził się powoli, jakby nie chciał zakłócać ciszy, która spowiła wzgórze Fourvière. Słońce wspinało się leniwie po dachach, a delikatne światło wlewało się przez okno niewielkiego mieszkania Élise i Marca. Kobieta stała przy parapecie, opierając się o chłodny mur, jedną dłonią głaszcząc zaokrąglony brzuch.
— „Jeszcze troszkę, maleństwo… już niedługo się poznamy” — wyszeptała z czułością.
