Codziennie podkradałem temu

— Weź to.

Mój głos był niski. Prawie obcy.

Złapał torbę, jakby bał się, że ją zabiorę.

Potem odwrócił się i odszedł, nie biegnąc, nie oglądając się za siebie.

Nikt się nie śmiał.

„Serio, co to było?” zapytał Rafael.

„Zwariowałeś?”

Wstałem od stołu.

— Nie przejmuj się — powiedziałem.

— Już nie jestem głodny.

Tego dnia nic nie jadłem.

Ani w stołówce.

Ani w domu.

Mama zapytała mnie, czy jestem chory.

Wzruszyłem ramionami.

W moim ogromnym pokoju, otoczony trofeami, których nigdy nie zdobyłem, wyjąłem bilet z kieszeni. Zachowałem go. Nie wiedziałem dlaczego.

Przeczytałem to jeszcze raz.

Ponownie.

I jeszcze raz.

Każde zdanie mnie paliło.

Kocham cię bardziej niż wstydu.

Pamiętałem też wstyd.

Nie wstyd z powodu braku.

Wstyd z powodu życia w luksusie, bez poczucia bycia postrzeganym jako ktokolwiek inny niż spadkobierca.

Tej nocy przyśnił mi się koszmar.

Wdrapałem się na stół.

Otworzyłem torbę.

I to była moja matka , która napisała tę notatkę.

Obudziłem się zlany potem.

Następnego dnia czekałem na Tomása.

Przybył wcześniej niż zwykle.

Usiadł z boku, pod drzewem przy murze.

Podszedłem.

— Tomás.

Zrobił się spięty.

„Ja… nic nie powiem” – mruknął.

„Obiecuję”.

– Ja wiem.

Cisza.

— Czy stan Twojej matki poprawił się?

Pokręcił głową.

— Jest w szpitalu.

— Zabieram chleb, żeby go… nie zmarnować.

Skinąłem głową.

— Czy chcesz…

— Czy chcesz zjeść ze mną dzisiaj posiłek?

Spojrzał na mnie, jakbym mówił w obcym języku.

– Po co?

Szukałem inteligentnej odpowiedzi.

Nie znalazłem żadnej.

— Bo byłem dupkiem.

Długo milczał.

„Dobrze” – powiedział w końcu.

„Ale ja tu siedzę”.

Usiadłem obok niego.

Bez stolika.

Bez publiczności.

Wyjął chleb.

Wyjąłem kanapkę z kantyny — za duża, za pełna.

Przekroiłem go na pół.

Podałem mu jedną połówkę.

– Brać.

Zawahał się.

„To nie litość” – powiedziałem szybko.

„To… dzielenie się”.

Zgodził się.

To był najtrudniejszy posiłek w moim życiu.

Dni mijały.

Już go nie nękałem.

Ani go nie broniłem.

Jeszcze nie.

Pewnego popołudnia poszedłem za nim do wyjścia.

„Idziesz do szpitala?” zapytałem.

– Tak.

— Czy mogę przyjść?

Zmarszczył brwi.

– Po co?

— Ponieważ…

— Chcę przeprosić twoją matkę.

Westchnął.

— Ona jest bardzo zmęczona.

— Będę mówił mało.

W szpitalu publicznym wszystko było szare.

Brakowało wygodnych foteli.

Brakowało bukietów.

Jej matka była chuda. Blada.

Ale jej oczy były jasne.

„To on?” zapytała cicho.

Tomás skinął głową.

Spuściłem wzrok.

— Pani… Przepraszam.

— Za wszystko.

Długo mi się przyglądała.

— Czy umiesz czytać, Sebastião?

– Tak.

— Więc czytaj też o ludziach.

— Nie tylko o ich torbach.

Uśmiechnęła się lekko.

— Tomás, idź po wodę.

Kiedy wyszedł, powiedziała do mnie:

— Nigdy nie reagował na twoje upokorzenia, bo uważał, że ty potrzebujesz ich bardziej niż on.

Zaniemówiłem.