Dwa tygodnie po tym, jak Lucas zniknął, Anna wciąż budziła się przy najmniejszym dźwięku. Wiatr uderzał w okiennice, pies sąsiadów szczekał w ciemności, a ona trzymała telefon blisko, z palcem nad ekranem, gotowa znów wybrać numer alarmowy. Pewnego wieczoru Claire powiedziała spokojnie, bez ogródek:
— Tak nie da się żyć bez końca. Idziemy procedurą. Zakaz zbliżania się, zawiadomienie w sprawie kluczy, próby nacisku. I bardzo ważne — dokumentujemy każdą wizytę.
Anna skinęła głową, ale dopiero wtedy dotarło do niej, jak bardzo męczy ją ciągła czujność. Następnego ranka poszły na komisariat. Anna opowiedziała wszystko — od włączonego mikrofonu na sali po kartony w przedpokoju. Przekazała zrzuty ekranu z wiadomościami Lucasa, numery, z których pisał, niekończące się połączenia i groźby. Policjant uniósł brwi tylko raz, gdy usłyszał: „oddał klucze do nieruchomości, która nie była jego”.
— Nieruchomość jest na pani nazwisko? — zapytał.
Anna wyjęła dokumenty. Po raz pierwszy od dnia ślubu poczuła coś w rodzaju solidnej ulgi: ten papier był realny, chłodny, niepodważalny.
Lucas pojawił się ponownie tydzień po złożeniu zawiadomienia. Nie przy bramie ani pod oknem, lecz w mieście, po wyjściu z pracy. Anna zobaczyła go z daleka, opartego o słup, jakby znalazł się tam „przypadkiem”. Gdy próbowała przejść, zastąpił jej drogę.