Marta wysiadła z samochodu, nie mówiąc ani słowa. Daniel odjechał od razu, nawet się nie oglądając. Drzwi trzasnęły mocniej, niż zamierzała, ale ona nawet nie drgnęła. W domu, który wciąż pachniał Edwardem, cisza była tak gęsta, że aż uciskała jej klatkę piersiową. Usiadła na brzegu łóżka i przez długi czas patrzyła w podłogę. Nie płakała. Jakby łzy już się skończyły.
Tamtej nocy nie zmrużyła oka. Rano, z czerwonymi oczami i ciężką głową, zrobiła to, co robiła przez całe życie: postawiła wodę, pokroiła chleb, po czym nagle się zatrzymała. Nie było już nikogo, dla kogo miałaby to robić. Odłożyła nóż i wyszła na zewnątrz. Chłodne powietrze trochę oczyściło jej myśli.
