— Dzieci nie usprawiedliwiają nielegalnego wtargnięcia — przerwał sędzia spokojnie. — Ani przymusu.
Kiedy zapadło postanowienie, Anna poczuła, jak powietrze wraca jej do płuc. Lucas dostał zakaz zbliżania się do niej i do jej domu. To nie było „wielkie” zwycięstwo, nie zwracało dnia ślubu ani idealnego spokoju. Ale była to granica postawiona przez kogoś innego, oficjalnie — nie tylko przez nią w głowie.
Tego samego wieczoru Anna wróciła do domu i zapaliła wszystkie światła, jakby chciała przepędzić cienie. Wyjęła z szafy suknię ślubną, tę, którą powiesiła bez patrzenia. Zdjęła wieszak, wzięła materiał w dłonie i po raz pierwszy poczuła, że nie boli już tak samo. To nie była otwarta rana, lecz blizna, która jeszcze szczypała.
Zaniosła suknię do pokoju gościnnego, zapakowała ją w pokrowiec i włożyła do pudełka. Nie po to, by ją ukryć, lecz by wyjąć ją ze środka swojego życia.
W kolejnych tygodniach nauczyła się robić rzeczy, które wcześniej zawsze odkładała: naprawić klamkę, wyczyścić rynny, skosić trawę bez złości. Zapytała sąsiadów o montaż kamery przy bramie. Założyła czujniki światła na podwórzu. Nie z lęku, lecz z szacunku do własnej przestrzeni.
Pewnego sobotniego poranka, gdy mgła podnosiła się znad rzeki, Anna wyszła z kubkiem kawy i zobaczyła biały kopertę zaczepioną o bramę. Serce jej zadrżało. Rozerwała kopertę zimnymi palcami i przeczytała.
To nie było od Lucasa. To było od Helen.
„Nie proszę o wybaczenie. Nie wiem, czy potrafiłabym. Ale chcę coś powiedzieć: Margaret nas pchnęła i obiecała. Uwierzyłam. Peter się śmiał. Ja uwierzyłam. Byłam zdesperowana. A jednak nie mieliśmy prawa. Zrozumiałam to, gdy zobaczyłam policję
i gdy zobaczyłam, jak na nas patrzyłaś. Nie jak na ludzi, tylko jak na obcych, którzy wchodzą do twojego życia w ciężkich butach. Miałaś rację. Jeśli mnie nienawidzisz — przyjmuję to. Tylko… wiedz, że już nie przyjdę.”
Anna przeczytała list dwa razy. Nie czuła triumfu. Ani litości. Tylko zmęczenie, które opadało powoli, jak kurz po burzy.