Zrobiłam krok w jej stronę. Natychmiast odsunęła się o pół metra.
– Wykorzystałaś pierwszego, który cię pożałował. I nie udawaj świętej, skoro sama wlazłaś do czyjegoś łóżka. Wynoś się.
Zacisnęła usta, ale nic nie powiedziała. Łukasz spojrzał na mnie, potem na nią — jak pies, którego wołają dwie osoby jednocześnie.
Pierwsza trzasnęła drzwiami Franciszka. Łukasz zawahał się chwilę dłużej — jakby liczył, że runę w płacz. Nie doczekał się.
Zbladł. Ale poszedł.
– On… wróci? – wyszeptała Małgorzata.
– Już wrócił. – skinęłam głową. – Po tygodniu. Na kolanach.
Pamiętam ten wieczór bardzo dobrze.