Nastała chwila ciszy. Cichy dźwięk, jak gdyby szklanka została odłożona na stół.
Marcus z zapałem obserwował przez szczelinę, gdy dwie sylwetki pojawiły się na korytarzu przed szafą. Nie mógł wyraźnie dostrzec ich twarzy, jedynie zarys ramion Ryana i linię ręki Wereny. To mu wystarczało.
Ich głosy były bliskie, zbyt zżyte.
Marcus poczuł, jak wysycha mu w gardle.
Ryan opierał się o ścianę, jakby to był jego dom. „Co teraz? Czekamy dalej? On wciąż stoi.”
Ton Wereny stał się ostry, w jej głosie słychać było niecierpliwość. „Już podwójnie zwiększyłam dawkę w jego porannej zielonej soku.”
Serce Marcusa zamarło.
Nie w przenośni. Nie w poetyckim ujęciu.
Zamarzło jakby został wrzucony do zimnej wody w zimowy dzień.