Święto Dziękczynienia w domu Maxwella zawsze przypominało teatralny spektakl, w którym każdy krewny miał przypisaną rolę: ciotka Patricia była uosobieniem pasywnej agresji, wuj Robert komentował wszystko, czego nie powinien, a siostra Maxa, Lauren, uwielbiała udawać, że jest królową elegancji, choć jej słowa często kaleczyły bardziej niż noże do steków.
A ja? Ja byłam żoną. Idealną w oczach rodziny Maxa, cichą, zawsze pomocną, zawsze uśmiechniętą.
