MOJE „ZŁOTE DZIECKO” SPRZEDAŁO

Moja córka, „złote dziecko”, sprzedała naszyjnik mojej zmarłej żony, żeby opłacić wakacje – aż do momentu, gdy zadzwonił telefon… Naszyjnik był jedyną rzeczą, jaka mi po niej została. Kiedy nie mogłem go znaleźć, moja córka w końcu przyznała: „Sprzedałam go. Potrzebowałam pieniędzy na wakacje”. Zadzwoniłem do lombardu, mając nadzieję, że uda mi się go odkupić. Mężczyzna po drugiej stronie zamilkł na kilka sekund, a potem powiedział: „Proszę pana… to trochę nietypowe. Powinien pan przyjść. Kiedy otworzyliśmy otwieraną część wisiorka, znaleźliśmy coś, co musi pan zobaczyć”. Nawet nie wiedziałem, że to się otwiera.

Kiedy szukałem naszyjnika mojej zmarłej żony – jedynej rzeczy, która mi po niej pozostała – moja córka stanęła w mojej kuchni w Phoenix, wytarła ręce w ściereczkę kuchenną i powiedziała tym samym bezbarwnym głosem, którym narzekała na korki: „Naszyjnik został sprzedany. Potrzebowałam pieniędzy na wakacje”.

Wpatrywałem się w nią, początkowo nie do końca rozumiejąc słowa, tak jak nie do końca słyszy się pilota samolotu w turbulencjach. Potem sens dotarł do mnie.

Sprzedany.

Naszyjnik Eleonory. Ręce wciąż trzęsły mi się po poszukiwaniach. Na górze, w głównej sypialni domu, który kupiliśmy w 1985 roku, puste aksamitne pudełko leżało w górnej szufladzie komody niczym oskarżenie. Kremowe, satynowe wnętrze, nic w środku poza niewyraźnym konturem złotego medalionu w kształcie serca, który spoczywał przez czterdzieści lat. Przemierzałam ten pokój – skarpetki rzucone na łóżko, kieszenie płaszczy wywrócone, pudełka na buty otwarte, kafelkowa podłoga w łazience usiana patyczkami higienicznymi i buteleczkami po tabletkach – aż panika zaczęła ściskać mi żebra.