MOJE „ZŁOTE DZIECKO” SPRZEDAŁO

Spojrzałem na nią – naprawdę spojrzałem. Miała dwadzieścia trzy lata. Wnuczka Eleanor. Miała kości policzkowe Eleanor i ani krzty jej delikatności.

„Twoja babcia nosiła to codziennie przez czterdzieści lat” – powiedziałem cicho.

Amber wzruszyła ramionami, odwracając się z powrotem do telefonu. „No cóż, teraz ktoś inny będzie go nosił. Krąg Życia, czy jak to tam się nazywa”.

Stałem tam w swojej kuchni, w parterowym domu ze stiuku, przy spokojnej ślepej uliczce w Phoenix, gdzie Eleanor i ja zbudowaliśmy nasze życie, słuchając, jak moja córka, jej mąż i ich dziecko rozmawiają o naszyjniku mojej żony, jakby był zapomnianą lampą pozostawioną na krawężniku.

Spojrzeli na mnie wzrokiem ludzi czekających, aż niedogodność sama się rozwiąże.

Odwróciłam się, poszłam z powrotem na górę i cicho zamknęłam drzwi sypialni. Puste aksamitne pudełko stało na komodzie, a popołudniowe słońce wpadające przez okno od strony zachodniej odbijało jego wytarte, czerwone krawędzie.