MOJE „ZŁOTE DZIECKO” SPRZEDAŁO

Ten prosty, mechaniczny ruch uspokoił moje dłonie, ale to nie było ukojenie. Coś innego we mnie zagościło – coś cięższego. Nie łamałam się; to wydarzyło się trzy lata wcześniej w szpitalnej sali, kiedy dłoń Eleanor rozluźniła się w mojej. To było inne. To było uspokojenie. Stwardnienie. Jasność, której nie miałam godzinę wcześniej.

Weszli do mojej prywatnej szuflady, zabrali jedyną rzecz, którą ceniłem, i zamienili ją na pieniądze.

Ostrożnie położyłam pudełko na komodzie, sięgnęłam po telefon leżący na stoliku nocnym i otworzyłam przeglądarkę.

„Lombardy Phoenix” – wpisałem.

Pojawiła się lista nazwisk i adresów. Małe czerwone pinezki rozsiane po mieście, w którym mieszkałem przez cztery dekady: centra handlowe, pustynne drogi, stare dzielnice prażone w słońcu. Zacząłem od góry.

„Pionek Szczęśliwej Gwiazdy” – odpowiedziała znudzona i rozkojarzona kobieta.

„Cash Express”. Nie, po sześciu minutach czekania na linii.

Trzeci sklep został zamknięty. Czwarty nie odbierał. Przy każdym telefonie opisywałem to samo najspokojniejszym głosem, na jaki mnie było stać: „Złoty łańcuszek, medalion w kształcie serca. Napis w środku: »Forever W & E«. Sprzedane wczoraj, prawdopodobnie”.

Puste aksamitne pudełko leżało obok mnie na łóżku jak niemy świadek. Na dole komentator sportowy Michaela przekrzykiwał szum klimatyzatora, a głos Jennifer co jakiś czas podnosił się, wydając polecenia, narzekając na naczynia i na zużycie prądu.

Szósty sklep odebrał po drugim dzwonku.

„Desert Gold Pawn” – powiedział mężczyzna. „To Harold”.