Następnego ranka nadeszła cicha, blada jasność, przesączająca się pod cienkimi zasłonami. Elza prawie wcale nie spała. Przewracała się z boku na bok, przeżywając każdą wypowiedzianą wczoraj kwestię, każdy uciekający wzrok Tomasza, każde bezsensowne oskarżenie. A jednak, ku własnemu zdziwieniu, nie czuła tej głębokiej pustki, której się spodziewała. Zamiast niej pojawiło się coś na kształt wewnętrznej przejrzystości, jakby ktoś otworzył okno w dusznej, długo zamkniętej komnacie.
W południe po raz pierwszy wyszła z domu. Ruszyła pieszo do małej kawiarni ukrytej przy bocznej, spokojnej uliczce. Słyszała o niej wcześniej, ale nigdy tam nie była — Tomasz uważał takie miejsca za „zbyt drogie jak na zwykłą kawę”. Teraz jednak nikt nie decydował za nią.
