„Nikt nie zbliża się do tej klatki…

Nikt nie zbliża się do tej klatki. Nawet my, opiekunowie. Ten pies nie jest zwierzęciem, to naładowana broń, która straciła zabezpieczenie, gdy zginął jej właściciel. Jeśli zrobisz jeszcze jeden krok, rozerwie cię na strzępy”. To były słowa, które usłyszałem, pełne strachu, gdy moja biała laska uderzyła o zimną betonową podłogę. Ale oni nie rozumieli, co usłyszałem. Nie słyszeli gniewu w jego szczekaniu… usłyszeli ból. A ja znałem ten ból lepiej niż ktokolwiek inny.
Nazywam się Javier Velasco, jestem byłym sierżantem hiszpańskiej legii. Służyłem w Afganistanie, Libanie i Mali. Widziałem rzeczy, które sprawiały, że drżeli ludzie więksi ode mnie, i przeżyłem zasadzki, w których odłamki latały jak płonący deszcz. Ale nic, absolutnie nic, nie może się równać z cichym przerażeniem, jakie towarzyszy wkroczeniu w nieznane miejsce, gdy twoje oczy już nie widzą.
Powietrze w Centrum Rehabilitacji Psów „Second Chance” na obrzeżach Madrytu pachniało agresywną mieszanką przemysłowego wybielacza, zardzewiałego metalu i tego niepowtarzalnego zapachu mokrego psa i niepokoju. Spędziłem tygodnie, przygotowując się psychicznie na tę chwilę. Po wybuchu, który odebrał mi wzrok, mój świat skurczył się do czterech ścian mojego mieszkania w Carabanchel. Samotność nie była tylko brakiem ludzi; była fizycznym ciężarem na mojej klatce piersiowej. Potrzebowałem towarzysza. Nie sługi, nie narzędzia. Potrzebowałem kogoś, kto rozumiał, co to znaczy być złamanym i nadal oddychać.
„Panie Velasco?” Kobiecy głos, ciepły, ale z nutką współczucia, którego tak nie znosiłem, przerwał moje rozmyślania.