Odwróciłem głowę w kierunku źródła dźwięku, co było nawykiem, którego nigdy nie porzuciłem, mimo że nie mogłem jej zobaczyć.
„Javier, proszę”, poprawiłem ją, wymuszając uprzejmy uśmiech. „Po prostu Javier”.
„Miło mi cię poznać, Javier”. „Jestem Elena, koordynatorka adopcji” – powiedziała. Słyszałem szelest jej syntetycznej odzieży, gdy się zbliżała, i delikatny zapach kwiatowych perfum, które próbowały zamaskować zapach schroniska. „Dziękujemy za przybycie. Mamy dla ciebie kilka wstępnie wybranych labradorów i golden retrieverów. Są to bardzo łagodne, spokojne psy, idealne na psy przewodniki”.
Chwyciłem rączkę laski. Łagodne. Spokojne. Tego właśnie wszyscy chcieli dla „biednego małego ślepego chłopca”.
„Nie szukam ideału, Elena” – mruknąłem, a mój głos zabrzmiał głębiej, niż zamierzałem. „Szukam… więzi. Kogoś, kto rozumie ciszę”.
Elena zawahała się przez chwilę. Czułem jej wahanie w powietrzu.
„Oczywiście. Proszę za mną. Idziemy do wschodniego skrzydła”.
Klatki w tym skrzydle były inne. Cisza była cięższa. Psy tu nie szczekały — one warczały, skomlały, albo milczały jakby wiedziały, że zostały zapomniane.
A potem go usłyszałem.
Nie szczekanie.
Nie warczenie.
Oddychanie.
Płytkie. Nierówne. Jak żołnierza po eksplozji.
Zatrzymałem się.
— Ten… — wskazałem laską w stronę dźwięku — kto to?