Antonina Pietrownna dzwoniła już po piąty raz. Patrzyłam, jak ekran telefonu świeci się na stole, i nie ruszałam się z miejsca. Na zewnątrz, przy bramie, parkował drugi samochód. Słyszałam głosy, trzaskanie drzwi, zdezorientowany szmer.
Moja córka siedziała obok mnie, owinięta w ciepły koc przy kominku, przeglądając magazyn.
