Pionowa Cisza
Wiatr wył. To nie był powiew. To był zimny ryk, który lizał szybę sto metrów nad ulicą. Elena, zawieszona na cienkim uprzęży, ledwo mrugnęła. Uprząż skrzypiała – mikroskopijny dźwięk w obliczu ogromu Madrytu pod jej stopami. Torre Imperio de la Vega była olbrzymim lustrem. Ona – maleńką plamą na jego powierzchni.
Na jej piersi spał Mateo, roczny chłopiec. Jego oddech był cichy. Równy rytm serca przy jej własnym. To był jego kotwica. Jego paliwo.Jej wprawne dłonie trzymały pas i polerkę. Każdy wypolerowany centymetr był zwycięstwem. Tytanicznym wysiłkiem. Głębokie cienie pod oczami Eleny mapowały bezsenność. Ale jej oczy… jej oczy płonęły nieustępliwym światłem: miłością matczyną.
Dla ciebie, mój maleńki. Zrobię niemożliwe. Milcząca mantra.
Poniżej – świat. Mrówki. Hałas. Obojętność. Powyżej – tylko oni. Ona i obietnica. Kruchość istnienia wisząca na stalowym kablu. Strach i siła mieszały się w chłodzie metalu.
Złota Klata
Za tym samym szkłem, w biurze z wypolerowanego marmuru i niewymownej przepychu, był Alejandro de la Vega. Właściciel wieży. Właściciel głębokiej pustki.
Obserwował miasto, ale go nie widział. Nuda była jego stałą towarzyszką. Puste spotkania. Stagnujące bogactwo.