Śmiali się z „pokojówki” szorującej

Nikt już nie patrzył mi w oczy. Przestałem istnieć jako osoba i stałem się częścią szumu tła, żywym narzędziem, które należało nosić, trzymać, napełniać i słuchać.

Ludzie w mojej obecności nie ściszali głosu – dlaczego mieliby to robić? Personel istniał poza wszelkim osądem.

Pierwsza zaatakowała Victoria Hayes — typ damy z towarzystwa, której refleksyjność ceniła bardziej niż moralność.

„Ten szampan jest praktycznie letni” – zadrwiła, podsuwając mi kieliszek bez kontaktu wzrokowego. „Jesteś tu nowy? Bo to widać”.

„Zajmę się tym” – mruknąłem.

Ona nie słuchała.

Podziwiała siebie w ozdobnym lustrze.

Potem pojawiła się Margaret Ellington — organizatorka, perfekcjonistka zabiegająca o reputację, królowa biernego okrucieństwa opakowanego w brokat.

„Ty” – warknęła, oceniając mnie wzrokiem jak wadliwy towar. „Imię?”

„Emily.”

„Cóż, Emily, powolna obsługa źle świadczy o wydarzeniu. Postaraj się nadążyć.”

Od tej chwili patrzyła na mnie niczym jastrząb obserwujący ofiarę.

I to jej się podobało.

Kiedy kelnerka w trakcie imprezy powiedziała, że ​​jest chora, uśmiechnęła się w sposób, w jaki uśmiechają się tylko ludzie kochający władzę.

„Dyżur w kuchni. Teraz.”

„Przydzielono mnie do służby balowej” – odpowiedziałem spokojnie.

Podeszła bliżej.