Wraz z nimi wpadła fala zimnego, zimowego powietrza i dziecięcego śmiechu — ciepła, którego Anna nie czuła od lat.
Jeszcze kilka lat temu jej przyszłość wyglądała inaczej. Była studentką w konserwatorium w Monachium. Profesorowie przepowiadali jej wielką karierę pianistki. Ćwiczyła po osiem godzin dziennie. Jej palce sunęły po klawiszach tak, jakby urodziły się po to, by zamieniać emocje w melodię. Ludzie płakali, gdy grała. Jej muzyka była prawdziwa, nieskrępowana.
A potem przyszła noc, która wszystko zniszczyła. Pijany kierowca. Czerwone światło. Zgrzyt rozrywanego metalu.
Trzy tygodnie później obudziła się w szpitalu. Lekarz oznajmił spokojnym, beznamiętnym głosem wyrok: paraplegia. Od pasa w dół – brak czucia i ruchu. Nigdy więcej nie stanie na nogi.
Jakby los nie był już wystarczająco okrutny, wiele lat wcześniej straciła rodziców w wypadku samochodowym. Wychowała ją babcia — kobieta, która przeżyła wojnę, głód i stratę, która nauczyła ją siły.
„Noś głowę wysoko, dziecko” — mówiła, zaplatając jej włosy. „Bogata czy biedna, zawsze będziesz moją wnuczką. A to coś znaczy.”