Jego bliźniacy, Michael i Daniel, którzy przez całe swoje życie nie wypowiedzieli ani jednego słowa, siedzieli na dywanie. Ich oczy były utkwione w pokojówce klęczącej na podłodze. Clara, w czarno-białym uniformie, z żółtymi rękawicami wciąż na dłoniach, wyciągnęła do nich ramiona. Jej głos drżał, gdy szeptała:
„Już dobrze, maleńki. Jestem tutaj.”
I znów to usłyszał.
„Mama.”
Tym razem z ust drugiego bliźniaka.
Na moment wszystko w Richardzie ucichło. W piersi poczuł ucisk, gardło miał suche, ciało jak sparaliżowane. Jego synowie, urodzeni z paraliżem, niezdolni do chodzenia ani mówienia, poruszali ustami i wypowiadali słowo, które przeczyło każdej diagnozie. Ledwo mógł oddychać.
Przez dwa lata lekarze z kliniki uniwersyteckiej powtarzali mu, że jego synowie nigdy nie będą mówić. Terapeuci twierdzili, że ich mózgi nie są w stanie przetwarzać mowy. A jednak teraz, we własnym domu, działo się coś niemożliwego. Nazywali pokojówkę „mamą”.
Clara nie widziała, że stoi w drzwiach. Jej wzrok był utkwiony w chłopcach, głos spokojny i ciepły, jakby bała się, że jeden nieostrożny ruch zniszczy ten moment.
„No już, skarbie. Powiedz jeszcze raz” – szepnęła łagodnie.
Serce Richarda opadało jak kamień. Wydał miliony na specjalistów, prywatne kliniki, maszyny pikające w zimnych szpitalnych salach. Modlił się w ciszy i płakał tam, gdzie nikt go nie widział. Jego żona, Karoline, zmarła podczas porodu bliźniaków.
Od tamtej chwili próbował utrzymać dom w rygorze i ciszy, by nic nie przypominało mu o bólu. Ale to jedno słowo zburzyło wszystko.
Wycofał się powoli, zanim ktokolwiek go zauważył. Ciężkie dębowe drzwi zamknęły się za nim cicho, lecz „mama” wciąż dźwięczało w jego uszach jak echo.
Następnego dnia niebo nad Bawarią było ciężkie i szare. Deszcz uderzał miękko w wysokie okna willi. Richard prawie nie spał.
Gdy Clara weszła do jadalni z tacą świeżych ręczników, spojrzał na nią uważnie.