W poniedziałek punktualnie o siódmej pojawiła się Cláudia.
Przez ramię miała przewieszoną płócienną torbę, starannie złożony uniform — kupiony za ostatnie oszczędności — i zmięty karteluszek z adresem w kieszeni. Razem z nim niosła bardzo realny strach: czynsz, rachunki, poczucie chodzenia po linie. Nie pytała, dlaczego ta posada „spaliła” tak wiele osób w tak krótkim czasie. Nie mogła sobie pozwolić na luksus pytań.
Drzwi otworzyła jej Sônia, gosposia. Cienie pod oczami, cichy głos, twarz kogoś, kto widział zbyt wiele nadziei wchodzących i wychodzących z tego domu. Przyjrzała się jej bez złośliwości, lecz z tym zmęczonym dystansem kogoś, kto przestał na cokolwiek liczyć.
— To ty jesteś nowa?
— Tak. Nazywam się Cláudia.
Sônia wpuściła ją do środka i poprowadziła przez hol z jasnego marmuru, pod kryształowym żyrandolem, obok schodów rozchodzących się wachlarzem na dwie strony. Obrazy o wielkiej wartości, świeże kwiaty, idealne meble. A jednak w powietrzu wisiał inny ciężar: to nie była cisza spokoju, lecz cisza żałoby — twarda, uparta, przyklejona do ścian.