— Powiem wprost — zaczęła Sônia bez owijania w bawełnę. — Pan Otávio stracił żonę dwa miesiące temu. Od tego czasu dziewczynka nie je. Terapie, wizyty, próby… nic. I uprzedzam od razu: nikt nie wytrzymuje tu dłużej niż trzy dni.
Cláudia skinęła głową. Umiała rozpoznawać cierpienie, nawet gdy nie było nazwane. Pięć lat wcześniej straciła męża w wypadku w pracy: pamiętała dom, który z dnia na dzień przestał mieć dźwięki, połowę łóżka jak fizyczną pustkę, wrażenie, że nawet światło się zmieniło. Ale coś uderzyło ją teraz nowym bólem: widok dziecka, które postanowiło powoli zgasnąć — bez krzyku, tylko poprzez nieobecność.
— Gdzie ona jest? — zapytała, zaskoczona łagodnością własnego głosu.
Sônia wskazała piętro.
— W swoim pokoju. Zawsze. Wychodzi tylko do łazienki. Żadnych zabawek, telewizora, słów. Siedzi i patrzy w okno, jakby… nie wiem. Jakby czekała na cud.
Weszły do pokoju z różową tabliczką „Marina”. Wyglądał jak zatrzymany w połowie popołudnia: lalki porozkładane wszędzie, pluszaki, dziecięcy serwis do herbaty wciąż ustawiony, zabawki rzucone na podłogę jakby ktoś przerwał zabawę w pół ruchu.
W fotelu przy oknie siedziała Marina. Przygaszone brązowe włosy, kapcie w kształcie królików, zapadnięte oczy utkwione w ogrodzie. Nie odwróciła się. Nie zareagowała.
— Marino, to Cláudia. Będzie ci pomagać — powiedziała Sônia z uprzejmością automatyczną, wyczerpaną nadzieją.
Brak odpowiedzi.
Cláudia przykucnęła na jej wysokości, nie naruszając przestrzeni.
— Cześć, Marino. Jestem Cláudia. Obiecuję, że nie będę hałasować.
Dziewczynka pozostała nieruchoma, jakby była tu tylko ciałem.
Na korytarzu Sônia westchnęła.
— Widzisz. Zawsze tak jest. Pan pracuje, wraca późno… potem zamyka się w gabinecie ze szklanką w ręku. Jest zdruzgotany, ale nie umie już być ojcem.