Blond kobieta z szerokim uśmiechem. Marina nad morzem, w parku, w kuchni z rękami w mące podczas lepienia ciastek. Święta, urodziny, śmiech zamknięty na błyszczącym papierze. Marina gładziła każde zdjęcie, jakby bała się je zetrzeć.
— Ona odeszła — wyszeptała w końcu.
— Wiem, kochanie.
— Nie wróci… nawet jeśli będę tu siedzieć. Tata już na mnie nie patrzy. Może mnie nie kocha. Może… myśli, że to moja wina.
Cláudia ścisnęła jej zimną dłoń.
— To nie twoja wina. A tata cię kocha. Tylko tak bardzo cierpi, że nie wie już, jak stać prosto. Ale cię kocha. Naprawdę.
Marina przycisnęła zdjęcie do piersi.
— Nie jem, bo… jeśli jem, choć na chwilę o niej zapominam. A nie chcę zapomnieć ani na sekundę. Jeśli zapomnę… wtedy zniknie naprawdę.
Cláudia zamknęła oczy na moment.
— Posłuchaj. Ona nie zniknie. Nigdy. Możesz jeść, rosnąć, śmiać się… a ona i tak będzie w tobie. A gdyby mogła cię teraz zobaczyć, wiesz, czego by chciała? Żebyś żyła. Mamy zawsze chcą, żeby ich dzieci żyły.
Łzy popłynęły nagle. Marina zadrżała, a Cláudia przytuliła ją mocno, prawdziwie, bez pośpiechu.
— Zróbmy umowę. Dziś spróbujesz jednej, maleńkiej rzeczy. Tylko jednej. A jutro opowiesz mi o mamie. Tak będziemy ją zatrzymywać. Nie głodem.
Marina skinęła niemal niewidocznie.
W kuchni Cláudia przygotowała lekki bulion i postawiła przed nią małą filiżankę.
— Tylko jedna łyżeczka — szepnęła.
Marina przełknęła. Otworzyła oczy zdziwiona.
— Udało mi się.
— Tak. A ja tu jestem.
Łyżeczka po łyżeczce. Po dwudziestu minutach pół filiżanki zniknęło.
Wieczorem Otávio wrócił jak zwykle — zgaszony.
— Jak było? — pytanie bez nadziei.
— Marina jadła — powiedziała Sônia drżącym.
Otávio pobladł i pobiegł na górę. Patrzył, jak śpi z pluszakiem przytulonym do piersi. Zrozumiałe, że gdy on rzucił w swój ból, jego córka znikała.