— Panno Cooper — powiedział pułkownik. — Przyszliśmy w sprawie George’a Fletchera.
— George’a? Tego starszego pana z przystanku? — jej głos zadrżał. — Czy coś mu się stało?
Twarz pułkownika pozostała poważna.
— Proszę pani, musimy porozmawiać o tym, co pani dla niego zrobiła.
Sześć miesięcy wcześniej Aaliyah zauważyła go po raz pierwszy. Każdego ranka o 6:30 wsiadała w autobus numer 47. Przystanek znajdował się trzy przecznice od jej mieszkania, tuż przed zamkniętą pralnią. George spał tam na spłaszczonym kartonie, z wełnianym kocem podciągniętym pod brodę, a cały jego dobytek mieścił się w worku na śmieci obok. Większość ludzi przechodziła obojętnie. Niektórzy przechodzili na drugą stronę ulicy, by go ominąć.
Aaliyah robiła to samo przez dwa tygodnie, tłumacząc sobie, że sama nie ma wystarczająco dużo, by pomagać innym. Ledwo starczało jej na własne życie. Ale pewnego marcowego poranka zapakowała sobie dodatkową kanapkę na lunch — i zorientowała się, że i tak nie zdąży jej zjeść.