Zdecydowała się zaufać temu strasznemu nieznajomemu, bo rozumiała coś, o czym dorośli często zapominają: potwory nie noszą skórzanych kamizelek. Noszą koszulki polo i przyjazne uśmiechy.
To, co ukryła w bucie tego obcego — różowy papierek po cukierku z siedmioma zdaniami — miało zmienić wszystko.
Wszystko zaczęło się w środowe popołudnie o 14:18 na korytarzu szkoły podstawowej Oakwood. Hazel obserwowała nieznanego jej mężczyznę, jak pokazuje dokumenty pani Morgan, zastępczyni dyrektora.
— Wszystko się zgadza — powiedziała pani Morgan, ledwie zerkając na papiery. — Awaryjne przeniesienie opieki z powodu przedłużonej misji zagranicznej ojca. Z przyjemnością przekazujemy Hazel pod zatwierdzoną opiekę.
Mężczyzna, który przedstawił się jako Robert, uśmiechnął się serdecznie — ciepło, jak miły wujek na rodzinnym spotkaniu. Trzydzieści osiem sekund. Tyle czasu pani Morgan poświęciła dokumentom, zanim je podpisała.
Hazel chciała krzyczeć. Chciała uciec. Chciała powiedzieć, że jej ojciec rzeczywiście był w Japonii, ale nigdy nie wspominał o żadnym Robercie.
Ale dłoń Roberta spoczęła już na jej ramieniu — delikatnie, dotyk, który z daleka wyglądał ochronnie. Drugą rękę trzymał w kieszeni, palce owinięte wokół czegoś, co Hazel nauczyła się rozpoznawać w ciągu ostatnich miesięcy, odkąd zaczął ją obserwować: pistoletu.
— Pożegnaj się ze swoją szkołą, Hazel — powiedział przyjemnym głosem.
Pani Morgan już machała nieobecnie ręką i wracała do biura. Sprawa zamknięta. Następne zadanie.