Motocykliści.
Ci wielcy, z naszywkami na kamizelkach i motocyklami brzmiącymi jak grzmot.
Piątek, 16:30. Sześć godzin do ostatecznego terminu.
Robert zjechał na parking przy zjeździe 67. A tam, przy dystrybutorach 9, 10 i 11, stały trzy motocykle Harley-Davidson. Trzech mężczyzn śmiało się i przeciągało.
Jeden z nich był ogromny — co najmniej 1,90 m wzrostu, pełna broda, siwe pasma, tatuaże na obu ramionach. Na jego kamizelce widniała czaszka ze skrzydłami.
Wyglądał przerażająco.
A to znaczyło, że był idealny.
— Muszę do toalety — powiedziała Hazel cichym, drżącym głosem.
Robert spojrzał na nią podejrzliwie.
— Szybko. Stoję pod drzwiami.