Ale pomyślałem o Lily. O małej dziewczynce wciągniętej w wojnę, której nie zaczęła. I o Dereku, który uciekł, gdy było trudno, a wrócił, gdy było wygodnie.
— Jeśli to zrobię — powiedziałem ostrożnie — będą zasady.
Wyprostowała się.
— Żadnych kłamstw. Jeśli mamy to zrobić, muszę wiedzieć wszystko. Nie wejdę w ciemno na salę sądową.
Skinęła głową.
— A jeśli to stanie się prawdziwe — dodałem — to dlatego, że oboje tego chcemy, nie przez papiery.
Jej oczy złagodniały.
— Nie oczekuję niczego więcej — wyszeptała.
Wziąłem długopis z blatu i podpisałem się na przerywanej linii. I tak po prostu moje zwyczajne życie się skończyło.
Środa była chaosem. Poszliśmy do urzędu stanu cywilnego jeszcze przed otwarciem. W chłodnym teksańskim powietrzu prawie się nie odzywaliśmy. Dwadzieścia minut później wyszliśmy jako prawnie małżeństwo. Bez ceremonii, bez pocałunku.
Tego samego popołudnia poznałem Lily. Miała cztery lata. Wielkie brązowe oczy i kręcone włosy. Schowała się za nogą Nadii.
— Lily, to Marcus. Zostanie z nami na jakiś czas.
— Jesteś chłopakiem mamy?
— Tak — odpowiedziałem cicho. — Jestem chłopakiem mamy.
Przyjrzała mi się uważnie.
— Lubisz dinozaury?
— Kocham dinozaury.
Uśmiechnęła się szeroko.
— Chodź, pokażę ci mojego T-Rexa.
Reszta potoczyła się szybko. Wprowadziłem się do pokoju gościnnego. Uczyliśmy się o sobie wszystkiego. Przygotowywaliśmy się na trudne pytania w sądzie.
W sądzie Derek patrzył na mnie z pogardą.