Nabijali się ze mnie, bo byłem synem śmieciarki… ale na zakończeniu szkoły powiedziałem jedno zdanie, którego nigdy nie zapomną.

Wspólne obiady? Prawie nigdy. Moim „bezpiecznym” miejscem był kąt za automatami przy starej auli, gdzie mało kto zaglądał. Tam mogłem otworzyć kanapkę, nie czując się jak czyjś błąd.

W domu grałem rolę.

— Jak było dzisiaj, kochanie? — pytała mama, zdejmując rękawice. Palce miała czerwone, spuchnięte, zniszczone.

Kładłem plecak i zakładałem lekki ton.

— Dobrze. Robiliśmy projekt. Jadłem z innymi. Pani mówi, że świetnie mi idzie.

Jej twarz rozjaśniała się, jakby te słowa prostowały jej kręgosłup.

— Wiedziałam. Jesteś najzdolniejszym chłopakiem na świecie.

Kiwnąłem głową, bo nie miałem odwagi powiedzieć prawdy: że niektóre dni mijały mi w milczeniu; że byłem sam; że kiedy jej śmieciarka przejeżdżała naszą ulicą i byli tam moi rówieśnicy, udawałem, że nie widzę jej machania.

Niosła już wystarczająco dużo: żałobę, długi, podwójne zmiany. Nie dorzucę jej jeszcze „mój syn się wstydzi”.

Złożyłem więc sobie obietnicę.

Skoro ona wyniszcza ciało, żeby utrzymać mnie na nogach, ja zamienię jej poświęcenie w coś, co będzie miało sens.

Nauka stała się moją kryjówką i jednocześnie wyjściem ewakuacyjnym.