— Lubię je robić.
Nie zganił mnie. Przysunął krzesło i powiedział zdanie, które coś we mnie przełamało, bo było proste i prawdziwe:
— Liczb nie obchodzi, czym zajmuje się twoja mama.
Spojrzał mi w oczy, bez litości i bez współczucia.
— Myślałeś o inżynierii? O informatyce?
Zaśmiałem się gorzko.
— To studia dla ludzi z pieniędzmi. My ledwo wiążemy koniec z końcem.
Nie podniósł głosu. Nie wygłosił mowy motywacyjnej.
— Są stypendia. Są zwolnienia z opłat. Są zdolni chłopcy, którzy zaczynają od zera. Ty jesteś jednym z nich.
Został moim sojusznikiem. Dawał mi zadania „dla sportu”, pozwalał jeść lunch w swojej sali, udając, że potrzebuje pomocy, opowiadał o algorytmach jak o historiach z baru.
Pokazał mi uczelnie, które dotąd widziałem tylko w filmach.
— Takie miejsca rywalizują o studentów jak ty — powiedział kiedyś.
— Nie jeśli zobaczą mój kod pocztowy.