„Czas startuje w chwili, gdy dotknie pani kredy, panno Gibson” — powiedział Hayes, stukając w swojego Rolexa. „Dziesięć minut. Ani sekundy więcej.”
Isabella, współlokatorka Thei, szepnęła spanikowana: „Nie rób tego. On chce cię tylko pogrążyć.”
Ale Thea już wstała. Aula jakby się skurczyła, gdy szła do przodu. Hayes podał jej kredę z wyciągniętą ręką, zmuszając ją, by sięgnęła wyżej — by wyglądała na mniejszą. Wzięła kredę.
Zapadła cisza. Thea zaczęła pisać. Nie rozwiązanie. Jeszcze nie. Najpierw przepisała problem w innej formie. Narysowała diagram geometryczny, strukturę siatki.
Minęła minuta. Druga. Słychać było tylko skrobanie kredy. Brandon Sullivan, ulubiony doktorant Hayesa, zmarszczył brwi i gorączkowo stukał w klawiaturę.
Trzecia minuta. Hayes przestał stać z założonymi rękami. Podszedł bliżej tablicy.
Czwarta minuta. Thea przełożyła analityczny problem z teorii liczb na język geometrii.